Rozdział pierwszy.
Budząc się rano nie przypuszczałem, że ten dzień może różnić się od
innych. Wstałem, wziąłem prysznic, ubrałem się i zjadłem śniadanie.
Kończąc tosty spojrzałem na zegar wiszący nad wejściem. Siódma
trzydzieści, jeszcze pół godziny do rozpoczęcia lekcji. Niechętnie
wstałem od stołu, włożyłem naczynia do zmywarki i poszedłem umyć zęby.
Teoretycznie mógłbym chodzić do szkoły pieszo, jednak musiałbym
wcześniej wstawać. Dlatego dostawanie się tam publicznymi środkami
transportu jest moim zdanie o wiele lepszym pomysłem, niż zrywanie się
na równe nogi o szóstej. Wszedłem do autobusu i zająłem miejsce przy
oknie. Oparłem głowę o fotel, a do moich uszu zaczęły dolatywać rozmowy w
różnych językach. Angielski,
czeski, hiszpański... Nikogo to nie dziwiło, nasze miasto było i raczej
pozostanie światową stolicą. Mimo, to główne ulice nie były zatłoczone,
na skrzyżowaniach nie dochodziło do wypadków, kradzieże nie miały
miejsca. Tak właśnie wyglądały wszystkie światowe metropolie, miasta,
wsie. Idealny porządek i wszechobecna harmonia. Każdy uznałby, że dzisiejszy świat to raj, jednak ja widziałem wszystkie rządzące nim absurdy.
Wysiadłem tuż pod szkołą. Poprawiłem krawat, podniosłem głowę do góry i
ruszyłem przed siebie. Próbując wyłowić z tłumu znajome twarze, wszedłem
przez szklane drzwi do wielkiego budynku. W głównym holu roiło się od
innych uczniów, jedni rozmawiali z przyjaciółmi, drudzy powtarzali, inni
znowu słuchali muzyki. Podszedłem do szafki, by włożyć do niej torbę.
Zabrałem tylko zeszyt do matematyki i długopis. Idąc korytarzem,
przyglądałem się zdjęciom absolwentów, a gdy zobaczyłem fotografię mojej
matki zatrzymałem się na chwilę. Zdjęcie osiemnastoletniej kobiety w
szkolnym mundurku nie różniło się niczym od innych, jednak zawsze
przyciągało moją uwagę. Czarne, lśniące włosy nad ramiona,
ciemnoniebieskie oczy, ładna cera i uśmiech który zawsze poprawiał mi
humor.
Odwróciłem się i zobaczyłem za sobą Dorę. Pełna życia i ciekawska
istotka o wzroście stu pięćdziesięciu czterech centymetrów. Złote, grube
warkocze, przewiązane czerwonymi kokardami, sięgały jej bioder. Widząc
iskierki w jej brązowych oczach roześmiałem się.
- Nic nie mów. Rodzice zgodzili się na kota? - zapytałem, jednak
dziewczyna pokiwała przecząco głowa, wciąż się we mnie wpatrując.
- Poszłaś na zakupy, była wyprzedaż i kupiłaś sobie nową sukienkę? -
Znów pudło. Spróbowałem jeszcze kilka razy, jednak nie udało mi się
odgadnąć przyczyny jej radości. Zrezygnowany oparłem się o ścianę i
skrzyżowałem ręce na piersi.
- Doobra, powiem ci. Mój scenariusz został zaakceptowany! Wyobrażasz
to sobie? Wystawimy moją sztukę na Dzień Wiosny! I zobaczy ją sam
Ojciec! Rajuśku, to takie ekscytujące! - Dora była z pochodzenia
Rosjanką, jednak jej angielski był bardzo dobry. Gdyby nie akcent, nikt
by się tego nie domyślił.
Ojciec - tak wszyscy go nazywali. Staruszek nie schodził z ust
mieszkańców miasta, nie mówiąc już o świecie. Wielki Ojciec, Wybawca
Ludzkości, Samarytanin Świata - to tylko niektóre z jego idiotycznych
przydomków. Dla mnie był tylko zwykłym człowiekiem, który miał
szczęście. Jedynym, który znał prawdę, byłam właśnie ja. Jednak nikt by
mi nie uwierzył. Nikt nie miał pojęcia, że jesteśmy spokrewnieni. On
ukrywał swoje nazwisko, pochodzenie... Nawet mieszkaliśmy osobno. Nikomu
nigdy nic nie mówiłem, nawet przyjaciołom. Nie chodzi o to, ze im nie
ufałem. Byli jedynymi istotami, w których miałem wsparcie, ale póki było
to tajemnicą, czułem się lepiej.
- Cieszę się. Jednak do Dnia Wiosny jeszcze daleko, prawie dwa miesiące.
- Więc najwyższy czas zacząć próby. Wszystko powinno być dopięte na ostatni guzik, nie może być mowy o najmniejszej pomyłce.
Westchnąłem i pokiwałem głową z uśmiechem. Gdybym jej nie znał,
pomyślałabym, że ześwirowała. Mimo tego, że na co dzień zdawała się być
całkowicie beztroska i bujać w obłokach, tak naprawdę bardzo się
angażowała.
Zadzwonił dzwonek, więc poszliśmy do klasy. Zająłem swoje stałe miejsce
pod oknem i ogarnąłem pomieszczenie wzrokiem. Jednak nie udało mi się
znaleźć Alex. Znów zaspała na autobus?
wtorek, 29 kwietnia 2014
Prolog
Gdybyś mógł wybrać kim się urodzisz, kim byś był? Panem świata, skupiającym w swoim ręku całą władzę? Kobietą, której nie oprze się żaden mężczyzna? Może geniuszem matematycznym, lub odkrywcą leku na wszystkie choroby?
Gdyby istniał świat idealny, bez wojen, błędów, strachu i cierpienia, a na jego szczycie stałby Twój ojciec? Najbardziej szanowany i znany człowiek, który wydaje się wzorem wszystkich cnót. Bez wad, przestrzegający prawa, nie skrzywdziłby nawet muchy.
Kto miałby przejąć to wszystko, gdy on umrze? Nie, nie wynaleziono leku na śmierć, każdego to czeka. Możesz odmówić, ale pomyśl co może się wtedy stać. Nie jesteś ideałem, jak twój ojciec, jednak wydajesz się najlepszym kandydatem na to stanowisko. Jeśli władza trafi w ręce niewłaściwej osoby, utopijna rzeczywistość może lęgnąć w gruzach. Czy porzucisz swoje beztroskie życie, a może ulegniesz presji i zrezygnujesz z przeznaczonej ci ścieżki?
Subskrybuj:
Posty (Atom)