To
pierwsze mogłem jeszcze znieść. W końcu tu uczyła się matka, miałem okazję się
o niej czegoś dowiedzieć od nauczycieli. Jednak "przyjaciół" unikałem
jak ognia, póki nie rezygnowali. Na ich miejscu pojawiali się nowi, a potem
następni. Cykl powtarzał się już od ładnych czterech lat, a ja wciąż stawiałem
na swoim. Mógłbym udawać że ich zaakceptowałem, ale nie wytrzymałbym
psychicznie w towarzystwie wyidealizowanych dzieci znajomych staruszka. Nikt nie
jest pozbawiony wad, nieważne jak bardzo chce to ukryć. To po prostu niemożliwe. Prędzej czy później
prawda wychodzi na jaw, a po pięknej masce iluzji pozostaje tylko zawód i
gorycz.
Po
ponad półtorej godzinnym wykładzie o wykresach funkcji trygonometrycznych z
ulgą opuściłem klasę matematyczną. Nie chodzi o to, że nie lubię tego
przedmiotu - po prostu nasz nauczyciel ma tak monotonny głos, że ma się ochotę
przyłożyć głowę to ławki i zamknąć oczy. Dobrze, co teraz…
- Ja znikam na architekturę, masz teraz
inżynierię maszynową, tak? - z zamyślenia wyrwał mnie głos Dory, która patrzyła
na mnie i przekrzywiła lekko głową.
- Skoro tak mówisz, to pewnie tak jest -
powiedziałem delikatnie się uśmiechając. Nigdy nie znałem na pamięć swojego
planu lekcji. Wykuć budowę silnika hydronowobionicznego - pestka. Zapamiętać
kolejność zajęć - niewykonalne. Pożegnałem przyjaciółkę i ruszyłem do następnej
klasy, po drodze odwiedzając swoją szafkę i zamieniając zeszyt do matematyki na
teczkę do inżynierii, albo jak to się na to mówiło - do maszyn.
Na
drzwiach z numerem sto dwadzieścia osiem wisiała karta zapisana
charakterystycznym, zakręconym pismem profesor.
Zajęcia
przeniesione do pracowni piątej - przepustki zbędne.
Westchnąłem
cicho i zawróciłem na parter. Wszystkie siedem pracowni znajdowało się na
poziomie minus jeden. Zazwyczaj by móc tam zejść trzeba było poprosić o
specjalną przepustkę w pokoju nauczycielskim. Pomieszczenia służyły przede
wszystkim do zajęć praktycznych z inżynierii, chemii organicznej oraz
okazjonalnie przychodził tu szkolny chór. Sam nie rozumiałem, dlaczego - w
końcu "artystycznym" nazywano piętro trzecie. Sale taneczne,
pracownie malarskie i rzeźbiarskie, klasa muzyczna wyposażona w wiele różnych (i
w sporej części nieznanych mi) instrumentów znajdowały się właśnie tam.
Otworzyłem
drzwi, a od progu powitał mnie zapach oleju. Zrobiłem głębszy wdech i poczułem
w ustach metaliczny posmak. W przeciwieństwie do ciemnego i zimnego korytarza w
środku było jasno, ciepło i głośno. Zająłem miejsce przy jednym z tylnich
stanowisk starając się uniknąć wzroku nauczycielki. Kobieta stała pod
holograficzną tablicą i analizowała swoje własne notatki. W różowych włosach spiętych w luźny kok miała
wbite dwa śrubokręty. Szczupła talia, długie, zgrabne nogi i jasna karnacja
podobno nie jednemu zawróciły w głowie. Jej jasnoniebieskie oczy zazwyczaj
ukryte były pod ciemnymi okularami bez oprawek. Przez surowe spojrzenie i
ostry, nieznoszący sprzeciwu ton głosu na jej lekcjach zawsze panował spokój i
dyscyplina, a biorąc pod uwagę to że pracowaliśmy z niebezpiecznymi maszynami,
którymi mogliśmy się, delikatnie mówiąc, skrzywdzić, było to bardzo ważne. Nie,
ja wcale nie uważam nas za kretynów, zdolnych wbić sobie nożyczki do ręki,
naprawdę.
Po
szczegółowych objaśnieniach dostaliśmy jasne polecenie: soczewka oczna dla
humanoidalnego robota klasy DG2. Zakładając, że nie uda nam się tego wykonać w
godzinę, pewnie będzie się w tym babrać przez co najmniej pięć lekcji. Emma -
bo tak brzmiało jej imię - krążyła po klasie nadzorując naszą pracę. Zadanie
wymagało dokładności, cierpliwości i skupienia.
Odetchnąłem
z ulgą wychodząc przed szkołę. Głowa bolała mnie od warkotu maszyn, nie mówiąc
o reszcie ciała zmuszonego przez ostatnią godzinę utrzymywać jedną
pozycję. Próbując jakoś się porozciągać
wciąż wypatrywałem Alex. Zdarzało jej się czasem spóźniać, ale była już
jedenasta.
- Przyniosłam ci coś do picia - odwróciłem się
do Dory, która trzymała w rękach dwie puszki mrożonej herbaty. Podziękowałem,
zabrałem jedną i otwarłem. Oparłem się o ścianę, tak by patrzeć na dziewczynę i
podniosłem napój do ust.
- Toshiro zbiera ekipę na kręgle. Pyta czy pójdziesz
z nami.
-
Jasne, nie mam nic lepszego do roboty. W
końcu to już koniec tygodnia. Jak chcesz spędzić te trzy dni wolności?
- Rodzice zabierają nas na farmę dziadków.
Hodują konie, a wiesz że Eryk i Viktor mają na ich punkcie wręcz obsesje -
zaśmiała się mówiąc o braciach. Czasem zazdrościłem jej rodziny. Osób z którymi
się mieszka, widuje codziennie, rozmawia o ważnych i mniej ważnych rzeczach, je
posiłki. Jednak za każdym razem po chwili docierało do mnie, że chyba nie
potrafiłbym tak żyć. Odkąd skończyłem trzynaście lat radziłem sobie sam, a rola
"tatusia" ograniczała się do przesyłania mi pieniędzy i opłacania
czynszu za mieszkanie. Układ ten posiadał same zalety; byłem prawie całkowicie
niezależny, wolny od ograniczeń. Gdy nie chciałem, nie musiałem sprzątać,
uczyłem się tylko dla siebie, nikt nie gonił mnie do nauki. Żyć nie umierać -
powiedziałby niejeden z współczesnych mi nastolatków.
Podczas
kolejnych godzin spędzonych w szkole dowiedziałem się, że w następnym tygodniu
zaczną się przesłuchania do przedstawianie na Dzień Wiosny. Gdy wyobraziłem sobie, przez co będą musieli
przejść kandydaci, by spodobać się Dorze, zrobiło mi się ich trochę szkoda. Sam
nie planowałem się zbytnio angażować, ani testować moich zdolności
aktorskich. Może zgłoszę się do pomocy
przy nagłośnieniu, lub ustawianiu sceny.
Dzień
Wiosny był czymś w rodzaju podziękowania Ojcu za… sam nie wiem za co. Mimo, że
uczestniczę w tym od paru ładnych lat, nigdy nie zrozumiem tych wszystkich
ludzi. No trudno. W każdym razie co roku odpowiednie uczczenie tego dnia
powierzano jednej z "placówek
kształcących młode umysły", a pech chciał, że w tym roku wypadło na nas.
Gwar i dźwięk zamykanych z rozmachem szafek
wypełnił główny korytarz tuż po tym, jak zegar wskazał godzinę szesnastą.
Próbując wyłowić z tłumu twarz Toshiro wyszedłem przed wielki budynek i
usiadłem na ławce. Zanim wyjdzie pewnie minie trochę czasu, a nie chcę zostać
zepchnięty przez resztę uczniów. Przy okazji starłem się znaleźć jeszcze jedna
osobę. Niestety Alex nigdzie nie było, może się rozchorowała?
- Idziemy? - z zamyślenia wyrwał mnie głos
przyjaciela. Skinąłem tylko głową i razem z Dorą i jeszcze kilkoma osobami
ruszyliśmy w stronę centrum miasta.
Oddawaj mi chociaż 1/19047897901247961283908123 swego talentu.
OdpowiedzUsuńPrzeczytałam bardzo szybko. I to pewnie dlatego, że wszystko było ciekawe. Nadal mam lekki niedosyt dotyczące głównego bohatera, ale jakoś z tym żyję ;w;
Mam nadzieję, że kolejna notka pojawi się szybko :D