wtorek, 13 maja 2014

Rozdział II




  Gdybym mógł wybierać, nigdy nie poszedłbym do tej szkoły. Jednak moja wolność była jedynie iluzją. Ojciec - starałem się go tak nie nazywać, szczególnie we własnej głowie - kontrolował mnie, pilnował. Oczywiście nie miałem zamontowanych kamer czy podsłuchów w domu, a gdyby były usunąłbym je bez wahania. Moje życie było zaplanowane. Szkoła, towarzystwo w którym powinienem się obracać, przyszła żona i "praca".
To pierwsze mogłem jeszcze znieść. W końcu tu uczyła się matka, miałem okazję się o niej czegoś dowiedzieć od nauczycieli. Jednak "przyjaciół" unikałem jak ognia, póki nie rezygnowali. Na ich miejscu pojawiali się nowi, a potem następni. Cykl powtarzał się już od ładnych czterech lat, a ja wciąż stawiałem na swoim. Mógłbym udawać że ich zaakceptowałem, ale nie wytrzymałbym psychicznie w towarzystwie wyidealizowanych dzieci znajomych staruszka. Nikt nie jest pozbawiony wad, nieważne jak bardzo chce to ukryć.  To po prostu niemożliwe. Prędzej czy później prawda wychodzi na jaw, a po pięknej masce iluzji pozostaje tylko zawód i gorycz.
Po ponad półtorej godzinnym wykładzie o wykresach funkcji trygonometrycznych z ulgą opuściłem klasę matematyczną. Nie chodzi o to, że nie lubię tego przedmiotu - po prostu nasz nauczyciel ma tak monotonny głos, że ma się ochotę przyłożyć głowę to ławki i zamknąć oczy. Dobrze, co teraz…
 - Ja znikam na architekturę, masz teraz inżynierię maszynową, tak? - z zamyślenia wyrwał mnie głos Dory, która patrzyła na mnie i przekrzywiła lekko głową.
 - Skoro tak mówisz, to pewnie tak jest - powiedziałem delikatnie się uśmiechając. Nigdy nie znałem na pamięć swojego planu lekcji. Wykuć budowę silnika hydronowobionicznego - pestka. Zapamiętać kolejność zajęć - niewykonalne. Pożegnałem przyjaciółkę i ruszyłem do następnej klasy, po drodze odwiedzając swoją szafkę i zamieniając zeszyt do matematyki na teczkę do inżynierii, albo jak to się na to mówiło - do maszyn.
Na drzwiach z numerem sto dwadzieścia osiem wisiała karta zapisana charakterystycznym, zakręconym pismem profesor.

Zajęcia przeniesione do pracowni piątej - przepustki zbędne.

Westchnąłem cicho i zawróciłem na parter. Wszystkie siedem pracowni znajdowało się na poziomie minus jeden. Zazwyczaj by móc tam zejść trzeba było poprosić o specjalną przepustkę w pokoju nauczycielskim. Pomieszczenia służyły przede wszystkim do zajęć praktycznych z inżynierii, chemii organicznej oraz okazjonalnie przychodził tu szkolny chór. Sam nie rozumiałem, dlaczego - w końcu "artystycznym" nazywano piętro trzecie. Sale taneczne, pracownie malarskie i rzeźbiarskie, klasa muzyczna wyposażona w wiele różnych (i w sporej części nieznanych mi) instrumentów znajdowały się właśnie tam.
Otworzyłem drzwi, a od progu powitał mnie zapach oleju. Zrobiłem głębszy wdech i poczułem w ustach metaliczny posmak. W przeciwieństwie do ciemnego i zimnego korytarza w środku było jasno, ciepło i głośno. Zająłem miejsce przy jednym z tylnich stanowisk starając się uniknąć wzroku nauczycielki. Kobieta stała pod holograficzną tablicą i analizowała swoje własne notatki.  W różowych włosach spiętych w luźny kok miała wbite dwa śrubokręty. Szczupła talia, długie, zgrabne nogi i jasna karnacja podobno nie jednemu zawróciły w głowie. Jej jasnoniebieskie oczy zazwyczaj ukryte były pod ciemnymi okularami bez oprawek. Przez surowe spojrzenie i ostry, nieznoszący sprzeciwu ton głosu na jej lekcjach zawsze panował spokój i dyscyplina, a biorąc pod uwagę to że pracowaliśmy z niebezpiecznymi maszynami, którymi mogliśmy się, delikatnie mówiąc, skrzywdzić, było to bardzo ważne. Nie, ja wcale nie uważam nas za kretynów, zdolnych wbić sobie nożyczki do ręki, naprawdę.
Po szczegółowych objaśnieniach dostaliśmy jasne polecenie: soczewka oczna dla humanoidalnego robota klasy DG2. Zakładając, że nie uda nam się tego wykonać w godzinę, pewnie będzie się w tym babrać przez co najmniej pięć lekcji. Emma - bo tak brzmiało jej imię - krążyła po klasie nadzorując naszą pracę. Zadanie wymagało dokładności, cierpliwości i skupienia.
Odetchnąłem z ulgą wychodząc przed szkołę. Głowa bolała mnie od warkotu maszyn, nie mówiąc o reszcie ciała zmuszonego przez ostatnią godzinę utrzymywać jedną pozycję.  Próbując jakoś się porozciągać wciąż wypatrywałem Alex. Zdarzało jej się czasem spóźniać, ale była już jedenasta.
 - Przyniosłam ci coś do picia - odwróciłem się do Dory, która trzymała w rękach dwie puszki mrożonej herbaty. Podziękowałem, zabrałem jedną i otwarłem. Oparłem się o ścianę, tak by patrzeć na dziewczynę i podniosłem napój do ust.
 - Toshiro zbiera ekipę na kręgle. Pyta czy pójdziesz z nami.
-  Jasne, nie mam nic lepszego do roboty. W końcu to już koniec tygodnia. Jak chcesz spędzić te trzy dni wolności?
 - Rodzice zabierają nas na farmę dziadków. Hodują konie, a wiesz że Eryk i Viktor mają na ich punkcie wręcz obsesje - zaśmiała się mówiąc o braciach. Czasem zazdrościłem jej rodziny. Osób z którymi się mieszka, widuje codziennie, rozmawia o ważnych i mniej ważnych rzeczach, je posiłki. Jednak za każdym razem po chwili docierało do mnie, że chyba nie potrafiłbym tak żyć. Odkąd skończyłem trzynaście lat radziłem sobie sam, a rola "tatusia" ograniczała się do przesyłania mi pieniędzy i opłacania czynszu za mieszkanie. Układ ten posiadał same zalety; byłem prawie całkowicie niezależny, wolny od ograniczeń. Gdy nie chciałem, nie musiałem sprzątać, uczyłem się tylko dla siebie, nikt nie gonił mnie do nauki. Żyć nie umierać - powiedziałby niejeden z współczesnych mi nastolatków.
Podczas kolejnych godzin spędzonych w szkole dowiedziałem się, że w następnym tygodniu zaczną się przesłuchania do przedstawianie na Dzień Wiosny.  Gdy wyobraziłem sobie, przez co będą musieli przejść kandydaci, by spodobać się Dorze, zrobiło mi się ich trochę szkoda. Sam nie planowałem się zbytnio angażować, ani testować moich zdolności aktorskich.  Może zgłoszę się do pomocy przy nagłośnieniu, lub ustawianiu sceny.
Dzień Wiosny był czymś w rodzaju podziękowania Ojcu za… sam nie wiem za co. Mimo, że uczestniczę w tym od paru ładnych lat, nigdy nie zrozumiem tych wszystkich ludzi. No trudno. W każdym razie co roku odpowiednie uczczenie tego dnia powierzano  jednej z "placówek kształcących młode umysły", a pech chciał, że w tym roku wypadło na nas.
 Gwar i dźwięk zamykanych z rozmachem szafek wypełnił główny korytarz tuż po tym, jak zegar wskazał godzinę szesnastą. Próbując wyłowić z tłumu twarz Toshiro wyszedłem przed wielki budynek i usiadłem na ławce. Zanim wyjdzie pewnie minie trochę czasu, a nie chcę zostać zepchnięty przez resztę uczniów. Przy okazji starłem się znaleźć jeszcze jedna osobę. Niestety Alex nigdzie nie było,  może się rozchorowała?
 - Idziemy? - z zamyślenia wyrwał mnie głos przyjaciela. Skinąłem tylko głową i razem z Dorą i jeszcze kilkoma osobami ruszyliśmy w stronę centrum miasta.

1 komentarz:

  1. Oddawaj mi chociaż 1/19047897901247961283908123 swego talentu.
    Przeczytałam bardzo szybko. I to pewnie dlatego, że wszystko było ciekawe. Nadal mam lekki niedosyt dotyczące głównego bohatera, ale jakoś z tym żyję ;w;

    Mam nadzieję, że kolejna notka pojawi się szybko :D

    OdpowiedzUsuń